Bez kategorii

Tytuł najgorszego nauczyciela ever otrzymuje…

Zbliża się Dzień Edukacji Narodowej. Ostatnio pisałam o tym, że praca nauczyciela jest trudna. Oczywiście podtrzymuję te słowa! Jest mega ciężka. W każdym zawodzie znajdą się jednak takie osoby, które są hmm antywzorami? Nie wiem, jak je nazwać. I oczywiście chyba każdy pamięta jakiegoś tam beznadziejnego nauczyciela. Takie życie. W moich wspomnieniach też taki jest. I opowiem o nim! Po co? A bo może jakimś cudem ten post dotrze do jakiegoś nauczyciela, który stosuje podobne metody, jak ten, o którym ja tu zaraz będę pisać.

Matematyka! Nigdy za nią nie przepadałam. Zastanawiałam się jak w ogóle można lubić liczenie. Rozumiałam matmę, ale w ogóle jej nie czułam. Pani, która nas uczyła miała taki system: chwilę tłumaczy nowy temat, a potem ćwiczymy rozwiązywanie zadań na tablicy. Po kolei. Od numer 1 do końca. Fajne były lekcje, w czasie których byłam na 100% pewna, że dziś mam spokój, że dziś do mojego (14) numeru nie dojdzie. Jakoś tak życie się toczyło aż…po złym panie gorszy nastanie…tak brzmi to przysłowie? Pani zaszła w ciążę i na zastępstwo przyszła emerytowana nauczycielka.

I się zaczęło. Pani lubiła wielokrotność liczby 7. Często pytała nr 7, 14-oczywiście ja, i 21. Dodatkowo była taka jedna ławka, do której „miała słabość.” Ja z numerem 14 i siedząca oczywiście w tej ławce często bywałam zapraszana do tablicy. (Potem zmieniłam ławkę. Wolałam siedzieć tuż przed biurkiem nauczycielki niż w tej cholernej ławce). Obliczanie delty nie było dla mnie łatwe ( teraz nawet nie pamiętam co to i po co to). Ja- umysł totalnie nieścisły, nie potrafiłam ot tak sobie zrozumieć, co ona tłumaczyła. To była masakra. Tłumaczy 15 min. i za chwilę „zapraszam nr 14 do tablicy.” Jestem chyba inteligentna, dużo czytam, mam dobrą pamięć i zawsze miałam dobre oceny, ale do dziś mam trudności w obliczeniach w pamięci. Serio. Dodawanie i odejmowanie liczb nawet dwucyfrowych jest dla mnie trudne. Chyba nie jestem po prostu durna tylko mam jakiś problem( dyskalkulia?). No…wyobrażacie sobie mnie przy tablicy? Raz w czasie rozwiązywania zadania chciałam pomnożyć coś pisemnie, a ona mnie wyśmiała. Powiedziała, że to wstyd, żebym to starła i policzyła w pamięci. No to ja oczywiście stałam, i stałam, i stałam. Burak na twarzy…bo w stresie i tak bym nie wymyśliła. Innym razem Szanowna Pani zaczęła mi tłumaczyć zadanie, kiedy ja stałam przy tej tablicy. Tylko, że wtedy to ona se mogła gadać. I tak nie byłam w stanie się skoncentrować. Stoisz na środku, wszyscy na Ciebie patrzą, ona coś gada, a u mnie w głowie pustka. Zaczęłam przygotowywać się „ w przód.” Sama czytałam i próbowałam wszystko zrozumieć przed rozpoczęciem nowego działu bo wiedziałam, że muszę mieć już ogarnięty temat, kiedy zaczniemy go w szkole. Robiłam zadania z podręcznika, ćwiczeń i zbioru zadań. Kserowałam zeszyt koleżanki z klasy z rozszerzoną matmą i niemalże uczyłam się rozwiązań na pamięć A ta baba ( wybaczcie określenie) przynosiła na tej durnej kartce swoje własne zadania!!! Ja pierd…NO.. Raz mi powiedziała, że nie używam mózgu, że jak się gwoździ nie używa to rdzewieją i z moim mózgiem będzie tak samo 😀 Teraz to mnie śmieszy. Droga Pani ( nawet nie pamiętam, jak ma Pani na imię) mój mózg ma się dobrze 😀 Bywały lekcje, że 30 min stałam z kredą i coś tam próbowałam pisać. Były i takie, że 45 min tam stałam. Miałam kilka gołych pał z zadań przy tablicy, była też pała ze sprawdzianu. Oczywiście, że zaczęły się wagary. Nie było innej opcji. Może gdybym miała wywalone na to wszystko, może gdybym była pyskata, może gdybym miała większy dystans to obyłoby się bez wagarów. A że nie byłam tak głupia, jak Pani myślała, to działałam inteligentnie. Nie uciekałam tylko z matmy- to byłoby podejrzane. W każdym razie moje wagary nigdy nie wyszły na jaw. (Do dzisiaj 😊 ) Ale i tak nie powiem, jakim cudem udało mi się to wszystko ukryć i mieć wzorowe albo bardzo dobre zachowanie. I teraz słów kilka na ten temat z perspektywy połączonej – uczennicy ( wtedy) nauczyciela (teraz).

Tak sobie myślę- przecież miałam dobre oceny z wszystkich przedmiotów, byłam cicha, grzeczna, posłuszna, pokorna. Odrabiałam prace domowe, nie przeszkadzałam na lekcji, nie pyskowałam, nie ściągałam. Wszyscy nauczyciele mieli mnie za przeciętną ale ułożoną uczennicę. Słuchałam, kiedy tłumaczyła. No nie potrafiłam rozwiązać zadania. Czy to był mój problem???? Czy ja sobie postanowiłam, że kurde ja nie chcę tego rozumieć? Czy ja miałam ubaw stojąc tam czerwona ze wstydu? Czy ta Pani nie mogła pomyśleć coś w stylu „ no matematyka z niej nie będzie, ale widzę, że się stara, dam jej tę dwóję.” albo chociaż „stara się ale jej nie wychodzi, nie będę jej upokarzać przy całej klasie.” Teraz, jako dorosła osoba, zastanawiam się za co jej płacili? No za co? Za to chyba żeby mnie nauczyć, tak? Nie nauczyła! Niech odda część wypłaty 😀 to takie żarty ale wiecie. Karać mnie bo nie rozumiem! Podkreślę raz jeszcze: ja się starałam, ja chciałam tylko, że nie wychodziło.

To wszystko to długi skrót. Pani uczyła cześć 1 semestru i cały semestr 2. Co ta Pani osiągnęła? Już Wam piszę, co osiągnęła.  Wagary i stres w dni kiedy była matma ( była 4 razy w tyg.) Kiedy myślę o najgorszym nauczycielu ever- myślę o niej. Kiedy minęłam ją kiedyś na ulicy nie powiedziałam jej dzień dobry. Znienawidzenie przedmiotu- to osiągnęła. A szacunek? tak się nie buduje szacunku

Młodzież bywa trudna. Ja to wiem. Ja jednak nie byłam i uważam, że po prostu mogła sobie odpuścić.

Wy- jako nauczyciele, pracujecie z różnymi dzieciakami. Wiem, że bywa ciężko. Pamiętajcie, że nie każdy musi być super we wszystkim. Wymagaj zaangażowania i pracy ale nie oczekuj cudów. Nie wiń dziecka za to, że jest słabe z matmy, że ciężko mu się nauczyć obcego języka,  że pisze beznadziejne wypracowania. Wiesz…nie możesz tego zostawić ot tak sobie. Jest beznadziejny w wypracowaniach więc spoko. Nie! Ale od mówienia, że nie używa mózgu, wypracowania nie staną się lepsze.

Opowiem Wam jeszcze jeden przykład. Tutaj inna sytuacja. Po raz kolejny jestem w czymś beznadziejna i po raz kolejny wymagają ode mnie czegoś, czego nie mam ale…tu nauczyciel jest inny. Lekcje muzyki. Dżizas jak ja nienawidziłam tego w podstawówce i gimnazjum. Tak bardzo, bardzo, bardzo wstydziłam się śpiewać. Obecnie kocham śpiewać bo śpiewać każdy może. W szczególności w samochodzie. Teraz to trzeba mnie uciszać lub zagadywać, żebym tylko nie śpiewała ( Monika) ale kiedyś nie miałam tego dystansu. No i Pani mówi „ Ola śpiewaj płonie ognisko.” Powiedziałam, że nie zaśpiewam tego. Pani nadal się upierała, że musze zaliczyć tę piosenkę żeby dostać 5 na koniec. No ale 14letnia Ola dalej nie dawała za wygraną. Pani zaczęła tłumaczyć, że nie interesuje ją to jak zaśpiewam. Muszę znać tekst i melodię, nie ocenia mojego głosu. Yhm ona nie, ale koledzy owszem. Ola jednak umiała sobie radzić więc wyrecytowała cały tekst na pamięć ( tekst znam) i wystukała jej na biurku melodię ( melodię znam). Pani nie obruszyła się,  nie wyśmiała ale doceniła kreatywność. Dostałam 5.

Nauczycielu! Bądź człowiekiem!

To tylko moja refleksja. Wiem, że w każda szkoła słynnie ze swojego „Nauczyciela Terrora.” Ja mam „fanpejdża” więc postanowiłam sobie to opisać 😀

Zakończę wzniośle: dedukuję te wypociny wszystkim nauczycielom, którzy mają w sobie tyle pasji i tyle serca, że bez zastraszania i poniżania potrafią zmotywować do nauki.

P.S. Jeśli jesteś jak  moja Pani, proszę ZMIEŃ SIĘ

P.S. 2 jesteście ciekawi jak to się skończyło…? w pewnym momencie miałam 4 goły pały…co się wydarzyło?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.